Jak to było z listą krajową w czerwcu 1989 roku

Prezydent Andrzej Duda po powrocie z Włoch w dniu 4 czerwca oświadczył między innymi: „Bo przecież 4 czerwca 1989 r. Solidarność i Polacy, my jako naród, odrzuciliśmy listę krajową, powiedzieliśmy „nie” dla listy krajowej, czyli dla funkcjonariuszy komunistycznego systemu PZPR, którzy na tej liście byli. Polacy tej listy nie zaakceptowali, a jednak później tych ludzi wprowadzono do Sejmu".

Jest to oryginalny cytat ze strony internetowej Kancelarii Prezydenta. Rozumiem, że Pan Prezydent (urodzony 16 maja 1972 roku) miał wtedy 17 lat i nie brał udziału w głosowaniu. Był jednak na tyle dorosły, by pamiętać jak to naprawdę było z listą krajową i nie fałszować historii. Jest to niezwykle przykre, gdyż wiele osób dla których Prezydent jest autorytetem będzie mu wierzyć bezkrytycznie. Trudno mi wyobrazić sobie jeszcze gorszą sytuację, w której Pan Prezydent pamiętałby jak to było, ale z premedytacją by kłamał.

Będąc osobą starszą o niemal ćwierć wieku od Pana Prezydenta, doskonale pamiętam sprawę listy krajowej i uważam, że jest interesująca i warta przypomnienia, szczególnie dla młodszego pokolenia.

Lista ta miała oficjalną nazwę Krajowa lista wyborcza i jej istnienie wynikało z porozumienia Okrągłego Stołu. Miała obejmować 10% miejsc w Sejmie. Przedstawiciele trzech partii rządzących – PZPR, ZSL, SD oraz koncesjonowanych stowarzyszeń katolickich mieli objąć 35 mandatów, natomiast 11 miejsc na liście zaoferowano przedstawicielom Solidarności, która odmówiła ich obsadzenia. Ostatecznie na liście umieszczono więc alfabetycznie 35 osób, przy czym, co ciekawe, głosowanie na tę listę miało polegać na nie skreślaniu na niej nazwisk. Należało po prostu wrzucić ją do urny. Wymagany próg wynosił 50% głosów ważnych. Przedstawiciele władz byli tak pewni sukcesu listy krajowej, że w ordynacji wyborczej nie przewidzieli możliwości jej porażki.

W ramach przedwyborczych audycji telewizyjnych wystąpił nieoceniony Jacek Fedorowicz, który tłumaczył wyborcom na czym polegają te wybory. Pamiętam, że prosił o zabranie co najmniej dwóch, a lepiej trzech działających długopisów i następnie wyjaśniał – „bierzemy listę krajową i systematycznie, po kolei skreślamy, skreślamy, skreślamy…” – mówiąc to demonstrował staranne skreślanie kolejnych pozycji listy.

Przyszedł wielki dzień 4 czerwca i poszliśmy głosować. Pamiętam, że wszyscy znajomi zapowiadali skreślenie listy krajowej, co miało być najwyraźniejszą negatywną oceną władzy komunistycznej. Większość głosujących posłuchała tego wezwania i skreśliła listę. Były natomiast dwa wyjątki, o których za chwilę.

Część głosujących podeszła selektywnie do listy skreślając przede wszystkim bardziej znienawidzone nazwiska – Barcikowskiego, Cioska, Czyrka, Kani, Kiszczaka, Miodowicza i Siwickiego. Inni skreślali całą listę. Ostatecznie dwie osoby, z różnych powodów, przekroczyły granicę 50%. Byli to profesor Mikołaj Kozakiewicz z ZSL i profesor Adam Zieliński – prezes NSA. I tylko te dwie osoby z listy znalazły się w Sejmie. Żadna z pozostałych 33 osób, wbrew twierdzeniu Pana Prezydenta, do Sejmu się nie dostała. Dla większości był to definitywny koniec ich karier politycznych. Była to dotkliwa porażka obozu władzy, gdyż stracił wszystkich liderów i później w Sejmie Kontraktowym szefem klubu posłów PZPR był stosunkowo mało znany Marian Orzechowski.

W wyniku porażki listy krajowej powstał problem zapełnienia 33 miejsc w Sejmie. Groziła bowiem niezgodna z Konstytucją sytuacja, w której nowy Sejm miałby tylko 427 posłów. Każde rozwiązanie było złe, gdyż oznaczało zmianę reguł gry w trakcie gry. W końcu dołożono 33 mandaty do drugiej tury wyborów, na które kandydowali nominalnie przedstawiciele obozu władzy, a wśród nich Solidarność wskazywała „najmniej szkodliwych”. Warto podkreślić, że nikt z 33 przegranych kandydatów z listy krajowej nie ośmielił się wystartować w drugiej turze. Później Zofia Kowalczyk była z ramienia PSL posłanką w Sejmie I kadencji, a Janusz Maksymiuk zasiadał w Sejmach I kadencji (z ramienia PSL), II kadencji (z ramienia SLD) i V kadencji (z ramienia Samoobrony).

Na zakończenie wyjaśnijmy sprawę dwóch osób wybranych z listy krajowej. Powody były diametralnie różne. Profesor Zieliński dostał się dlatego… że był ostatni na liście. Proszę przyjrzeć się oryginalnej karcie wyborczej. Jeżeli ktoś skreślał ją „na krzyż” i nie dociągnął kreski w prawym dolnym rogu do końca listy, to Komisje Wyborcze przyznawały głos profesorowi Zielińskiemu.
Natomiast profesor Kozakiewicz był w środku listy i jako jedyny uczciwie zdobył swój mandat. Profesor miał zdecydowane poglądy w sprawach praw kobiet, antykoncepcji, legalności aborcji, praw homoseksualistów i chorych na AIDS. Był autorem m.in. książek Małżeństwo niemal doskonałei O miłości prawie wszystko. Wielokrotnie występował w audycjach telewizyjnych broniąc swoich poglądów, co przyniosło mu znaczną popularność. Dzięki temu w mniejszym stopniu uważano go za polityka, a bardziej za działacza społecznego. Później został Marszałkiem Sejmu Kontraktowego i przeszedł do historii jako polityk III Rzeczypospolitej.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...